środa, lutego 17

Brzucha nie ma, to i zachcianki się różnią.










Słyszałam z opowieści, że kobiety w ciąży charakteryzują się pewnymi objawami.


Np. wydatnym brzuchem. 

Albo zachciankami podawanymi w zestawach: śledź-nutella, ogórki kiszone-masło orzechowe, jakoś tak. 

Wstaję rano.

Spoglądam w lustro.

Brzucha nie uświadczam.


Myślę nad tym, czy mam na coś ochotę. 

Czekam aż mnie najdzie. 

No i wreszcie nachodzi.

Miałabym ochotę zjeść coś będąc na kacu.

Wypić butelkę wina do kolacji, wcale się przy tym nie upijając.

Otworzyć ją już gotując, i sączyć przygotowując makaron.

Miałabym ochotę biec do upadłego, do czerwoności ciała.

Zapalić smakowy tytoń, ostatni raz, ale tak świadomie, że to ostatni raz, a nie, że ostatni raz okazał się ostatnim razem dopiero następnego dnia.

Miałabym ochotę nie gapić się jak moi znajomi wprowadzają się w stan upojenia, tylko wprowadzić się razem z nimi. 
Tak żeby rozmowa się kleiła. 
Bo nierzadko niełatwo się klei.

Wracać z imprezy jako pasażer, podsypiając na tylnim siedzeniu, nie jako kierowca podsypiający na kierownicy.

Wypić mocną czarną kawę słuchając czegoś nastrojowego o wschodzie słońca, którego promienie wpadałyby przez okno i rozświetlały bujany fotel.

Stop.

Zaraz, zaraz, brak promieni wschodzącego słońca to nie ciąża tylko położenie domu, w którym mieszkam. 

A w bujanym fotelu, mimo że od zawsze o nim marzyłam, robi mi się niedobrze.

Więc zostaje w sferze marzeń, których lepiej nie spełniać.

Generalnie dużo by się chciało. 

Trochę tak jak zimy latem i lata zimą.

Wiecznie niedogodna pora dnia i roku.

Sprowadzając siebie i ciążę na ziemię siłą grawitacji zostało 1,5 miesiąca i część zachcianek będziesz mogła zrealizować.

Minie kolejne 12 miesięcy i wszystko to, czego pragniesz, stanie się Twoją codziennością.

Więc ciesz się do cholery tą ciążą, bo drugiej już możesz nie mieć. 

A na pewno nie w takim wydaniu.

Bo pierwsze zawsze jest wyjątkowe, bo jest pierwsze.

Nic odkrywczego.


I cieszę się wysypianiem.

Akurat tym się cieszę bez zarzutu. 

Podpisano: Nomatka


piątek, lutego 12

Chustonoszenie







To - kiedy możemy zaczynać?

Możemy zaczynać już od samego początku.

Nasze dzieci są gotowe na chustę w momencie przyjścia na świat. 

Wszystko zależy więc od mamy, która musi poczuć się wystarczająco silna po porodzie, żeby zawiązać chustę.

Dzieci, niezależnie od wieku, nosimy w chustach brzuchem do naszego ciała, dzięki czemu dziecko przyjmuje pozycję zgięciowo-odwiedzeniową, która odciąża dziecięcy kręgosłup i umożliwia prawidłowy rozwój stawów biodrowych. Kręgosłup jest utrzymany w swojej naturalnej kifozie, miednica jest podwinięta, a główka nie stanowi obciążenia dla kręgosłupa. 

Na początku nosimy dziecko z przodu, ale wraz z rozwojem możemy je nosić również na biodrach czy na plecach.  

Małe dzieci możemy nosić w zasadzie non stop, z przerwami na karmienie i przewijanie. 
Natomiast starsze dzieci potrzebują zróżnicowanych form aktywności, by prawidłowo się rozwijać, czyli np. zabawy na podłodze, pełzania, a w późniejszym etapie raczkowania i eksplorowania świata.

Według obserwacji plemienia Indian Yequana, dzieci, które na początku mają nieprzerwany kontakt fizyczny z rodzicami, gdy tylko nauczą się raczkować, wędrują w świat bez żadnych obaw, są odważne i chętne do poznawania otoczenia na własną rękę, w kontraście do dzieci w cywilizowanych krajach, które bardzo często nie odstępują rodziców na krok, chowają się za nimi. 

Co tu więcej mówić? 

Wszystko wydaje się bardzo proste, ekonomiczne i przede wszystkim dobre zarówno dla nas jak i dla naszych małych pociech.

Podzielę się z Wami garścią linków, które znalazłam zgłębiając temat chust, i które wydają mi się bardzo dobrze rozwiewać wszelkie wątpliwości. :)

Tutaj znajdziecie odpowiedzi na pytania o koszt chust, o to czy kupować używaną czy nową, jaka długość chusty będzie dobra i wiele innych.


Tutaj z kolei fajne zestawienie różnych rodzajów chust z wypisanymi zaletami i wadami. 


Na tej stronie pod zestawieniem chust znajduje się dobór chust do etapów rozwoju dziecka, gdzie pojawia się informacja, że po urodzeniu odpowiednie są chusty, w których dziecko przyjmuje postać leżącą. Jednak zarówno w szkole rodzenia jak i w innych źródłach pozyskałam informacje, że tuż po urodzeniu również można nosić dziecko w pozycji pionowej, chusta musi być jednak dobrze zawiązana, żeby utrzymywać kręgosłup w odpowiedniej pozycji. 

Tutaj również trochę informacji o chustach, ale także o innych zagadnieniach świadomego rodzicielstwa.


I jeszcze kilka polskich marek, które oferują chusty, sama mam chustę pożyczoną od znajomej, więc nie wertowałam tych wszystkich możliwych opcji. Jednak uważam, że jak już kupować, to warto wspierać polskich producentów.


A na koniec - jak wiązać w praktyce, w takim wiązaniu, tzw. kangurku, można z maleństwem wyjść ze szpitala tuż po porodzie. :)
Powodzenia!


Podpisano: Nomatka



czwartek, lutego 11

Krótka historia jednego telefonu.





Kiedy życie gra Ci na nosie.

Dopada nagle bardzo zła wibracja.

Ciągnie w dół.




Dzwonisz do kogoś, bo w sumie dawno nie rozmawiałeś.

Osoba kiedyś nawet bliska, myślisz, że nadal. Bo nic nie wskazuje, że jest inaczej.

Dzwonisz, bo masz nadzieję, że się oderwiesz na chwilę, odbijesz? 
Że przy okazji odświeżysz kontakt, że porozmawiacie jak dawniej?

I zaczynasz rozmawiać, czujesz chwilową ulgę, lekki zastrzyk pozytywnej energii.

I nagle w słuchawce słyszysz krytykę odnośnie tego, co robisz. 
Nie, nie konstruktywną, tylko taką prześmiewczą. 
Taką, która nic nie rozumie. 
Taką, która naigrawa się, bez powodu. 
Żeby poczuć się lepiej? 
Bo nie potrafi inaczej. 
Bo sobie nie radzi. 
Bo zazdrości. 
Bo chuj wie co.

Szybko chcesz już skończyć. 

Lecisz dalej w dół.

"Co u mnie? W sumie to nic."
  
Zdawkowymi zdaniami doprowadzasz do rozłączenia.

Opuszczasz rękę z telefonem i nie wiesz, co masz zrobić.

Zastanawiasz się, czy to przed chwilą miało miejsce naprawdę.

Potem zastanawiasz się czy przypadkiem dramatyzujesz czy co?

I uzmysławiasz sobie nagle, że ta osoba nie wie, co przeżywałeś, nie była z Tobą w tych najtrudniejszych momentach. 

W tych, w których myślałeś, że umrzesz albo że świat umrze z Tobą.

W tych, w których chciałeś nie istnieć, a istniałeś podwójnie.

Wypowiada słowa bezmyślnie, nie mając pojęcia, że mogą boleć.

I w sumie nie chcesz już dzwonić do tej osoby.

Nie chcesz już nawet się z nią spotykać, mimo że się wstępnie umówiłeś.

Czujesz nagle, że to Ci niepotrzebne.

Że takie osoby nie są potrzebne.

I że nie ma w tym nic złego.
I że się uśmiechasz.

I że są przecież osoby, które wtedy z Tobą były, i które wiedzą, i które będą, i będą wiedzieć.

I będą z Tobą niezależnie.

I nikt inny poza nimi i Tobą nie musi o tym wiedzieć.

I tak jest dobrze.

Więc odpal sobie kawałek, który przypomni Ci chwile i osoby, z którymi chcesz je przeżywać.

Dla takich chwil i takich osób, warto.

Dla innych po prostu nie.


Podpisano: Nomatka

piątek, lutego 5

Problem czy zadanie do rozwiązania?




Chcę czy muszę?
Wychodzi czy nie wychodzi?
Być czy nie być?

Warto być, a na resztę pytań odpowiedzcie sobie sami.
Ciepłego tygodnia.

Podpisano: Nomatka



wtorek, lutego 2

Perfekcyjna Pani Domu


Słyszałam o takim zjawisku. 

Ba, chyba nawet zdarzyło mi się je w życiu zobaczyć. Ale więcej słyszałam niż widziałam. 

Wyobrażałam sobie, że do takiej PPD jak wpadniesz z niespodziewaną wizytą o niespodziewanej porze (np. 10:50; 12:06; 20:22 itp.), przywita Cię pyszną, „dopiero co” zaparzoną kawą, świeżo upieczonym ciastem, a w wypachnionym kiblu – w którym podetrzesz tyłek równie wypachnionym papierem toaletowym, umyjesz ręce mydłem tylko dla gości i wytrzesz je ręcznikiem tylko dla gości – jeśli zamarzy Ci się wejść na lśniącą muszlę i przejechać palcem po najwyżej zawieszonej półce – nie znajdziesz na niej grama kurzu. 

Nigdy do miana PPD nie pretendowałam i pretendować nie zamierzam. 

Ale organizowaliśmy koncert u znajomego w domu i trzeba było zrobić coś do jedzenia. A ja przecież kocham gotować. Więc ochoczo zaproponowałam, że ja, JA się tym zajmę. Zrobię ciasto bananowe, czekoladowe, tort i różne ciasteczka, ciastuńka, ciasteczątka. 

Od małego uwielbiałam programy kulinarne, w których wszystkie składniki są przygotowane w ładnych miseczkach, dzbanuszkach, miareczkach, bez opakowań, bez etykiet, wszystko takie czyste, samo jedzenie, w odmierzonych uprzednio proporcjach. Stoi w rządku i czeka grzecznie na dodanie do dużej michy, na roztopienie w garnuszku albo zblendowanie w blenderze. Tak sobie leży i czeka. A Ty włączasz ulubioną muzykę i po prostu mieszasz, mieszasz, mieszasz, aż się wymieszają. Możesz mieć na sobie ładny fartuszek, ale nie jest to konieczne. Przelewasz, pieczesz, pachnie, wyciągasz, stygnie i generalnie dobrze wygląda. Tak jak Ty w tym fartuszku albo bez. Kuchnię przygotowałam do gotowania – oczyściłam wszystkie blaty, wszystkie naczynia pozmywałam. Stworzyłam warunki idealne. 

Po ich stworzeniu okazało się, że czas trochę jakby się skurczył i już nie ma go na przygotowanie tych wszystkich naczyń i odmierzanie proporcji. Trzeba się skupić na tym, ile w ogóle jest blach i na tym, żeby piekarnik nie miał pustych przebiegów, i żeby jak jedno się będzie piekło, to robić drugie, żeby to z tamtym się dopiekało i wtedy trzecie, a w międzyczasie wyjmować, przekładać, wynosić, i myć naczynia, bo jest ich deficyt i łyżeczki kończą się ZA szybko. Wpadłam w wir, z rozwianym włosem wsypywałam i rozsypywałam mąkę, namaczałam daktyle, lałam miód, orientowałam się w trakcie, że brakuje oleju, wysyłałam Nomadka do sklepu, po olej, sama biegałam do sklepu, bo jeszcze papier do pieczenia (jak mogłam zapomnieć?!). 

W krótkim przebłysku świadomości omiotłam wzrokiem kuchenną przestrzeń i poczułam się jak na filmach, w których czwórka dzieci pomaga mamie robić obiad. Nie jedno dziecko. I to w dodatku jedno w brzuchu. 

Miód oblepiał słoik wewnątrz i na zewnątrz i oblepiał też blat i łyżki, całe, łącznie z uchwytami. Z piekarnika dobywał się nie do końca przyjemny zapach, a szklanka wykorzystana do odmierzania mąki, mleka sojowego, wody, oleju i płatków owsianych była z kolei oblepiona wszystkimi wymienionymi, których co rusz na jej dnie przybywało, podobnie jak we wnętrzu garnka – w akcie desperacji i nieodpartego wrażenia, że do każdego z wypieków używam tych samych produktów, tylko w zmiennych proporcjach, zdecydowałam się na użycie jednego gara. 

Nie wiem już czy punkt kulminacyjny nastąpił wtedy kiedy przypaliłam spód biszkoptu, czy wtedy kiedy upiekłam ciasto tak kruche, że nie dało się go przekroić, nie wspominając o przełożeniu kremem, czy wtedy, kiedy z braku miejsca na jakiejkolwiek powierzchni klęczeliśmy we dwójkę z rozłożonymi na podłodze gazetami próbując jednak przekroić to ciasto, czy wtedy kiedy po całym dniu smakowania wszystkiego nagle dopadła mnie przypadłość ciężarnych i przestałam odczuwać słodki smak i wszystko wydało mi się okropnie gorzkie, co, gdybym nie została powstrzymana, skończyłoby się śmiercią moich wypieków w odpadach zmieszanych i rzeczywiście gorzkimi łzami. 

Jedno wiem na pewno moja Droga. Masz szczęście, że przez najbliższe miesiące będziesz piła jedynie moje mleko. 

A w tym czasie cóż, może zdarzy się kolejny cud w moim życiu i stanę się Masterchefem, bo na razie inne określenie niż Master of Kitchen Disaster nie przychodzi mi do głowy.

Podpisano: Nomatka 

PS Koncert się udał.