piątek, stycznia 22

"Granice mojego języka są granicami mojego świata"

 



O co chodzi z tymi statystykami?

Patricia Kuhl zajmująca się zagadnieniem przyswajania języka przez dzieci przeprowadziła badania skupiające się na pierwszym krytycznym momencie w ich rozwoju, w którym to dzieci próbują ustalić, które dźwięki wiążą się z ich ojczystym językiem. Eksperyment, którego omówienie znajdziecie w tym wystąpieniu: Patricia Kuhl TheLinguistic Genius of Babies, wykazał, że dzieci potrafią odróżniać wszystkie dźwięki każdego języka. 
Umiejętność ta zaczyna jednak zanikać już przed ukończeniem pierwszego roku życia, kiedy to następuje specjalizacja językowa ukierunkowana na język ojczysty. 
Nauka języka spowalnia, kiedy nasze statystyki rosną i zaczynają się stabilizować. 
Bardzo ciekawe wyniki przyniosło badanie, podczas którego amerykańskie dzieci, które nigdy wcześniej nie miały styczności z językiem mandaryńskim, odbyły dwanaście sesji, podczas których mówiono do nich w języku mandaryńskim. Badanie zostało przeprowadzone w krytycznym okresie dla nauki języka wspomnianym powyżej. 
Co się okazało? 
Dzieci poddane sesjom z językiem mandaryńskim były równie dobre w odróżnianiu dźwięków tego języka jak dzieci tajwańskie, które osłuchiwały się z nim od ponad dziesięciu miesięcy, czyli od urodzenia. 
Zatem okres ten wydaje się być kluczowy jeżeli chodzi o wprowadzenie dodatkowego języka w rozwoju dziecka i zdecydowanie zwiększa szansę na jego dobre przyswojenie w późniejszym etapie nauki. 
Co na to neurobiologia? 
Według wiedzy z zakresu neurobiologii nauka w szkole, ogólnie, a języka w szczególności jest mało efektywna. Mózg najlepiej czuje się w sytuacji, w której przyswaja wiedzę doświadczając, odczuwając emocje, wiążąc zdobywaną wiedzę ze swoimi działaniami i zainteresowaniami. Najlepiej uczymy się w ruchu, zwłaszcza jeżeli nasze ręce są aktywne. 
A zatem czy można sobie wyobrazić lepsze warunki do nauki języka jak wszelkie zabawy i doświadczanie go w codziennych sytuacjach przez małe dziecko chłonące bodźce niczym gąbka? 
I czy można wyobrazić sobie gorsze warunki niż siedzenie w ławce w sali i słuchanie o abstrakcyjnych regułach gramatycznych, których trzeba się „wykuć na pamięć”, bo przecież inaczej nie jesteśmy w stanie używać języka?
Rozwinięcie kwestii systemu edukacji i jego efektywności znajdziecie w jednym z poprzednich wpisów: O tym dlaczego JohnLennon nie zrozumiał pytania, czyli co w edukacji leży i kwiczy.
Jakie korzyści płyną z dwujęzyczności? 
Pominę te, nazwijmy je, praktyczne, które wiążą się ściśle z lepszymi perspektywami w życiu zawodowym. Skupmy się zaś na tych korzyściach, które otrzymuje nasz mózg. 
Jak wspomniałam w nagraniu, język determinuje w dużym stopniu nasze postrzeganie świata. Znajomość dodatkowego języka pozwala nam na szerszą perspektywę, głębszą percepcję.
Przytoczę tu anegdotę Evy Hoffman, kanadyjskiej pisarki polsko-żydowskiego pochodzenia. W swoich zapiskach opowiada o wątpliwościach, które nią targały w związku z zamążpójściem. Decyzja, ku której się skłaniała, była odmienna w zależności od tego, czy myślała w języku polskim czy angielskim.
Metaświadomość językowa i dywergencyjność myślenia 
Znajomość dwóch lub więcej języków pozwala dzieciom szybciej uzyskać tzw. metaświadomość językową – uzmysłowienie sobie, że język to kod komunikacyjny, który podlega określonym regułom. 
Ponadto zaobserwowano, że dzieci dwujęzyczne mają wyższy poziom myślenia rozbieżnego (dywergencyjnego), czyli takiego, które zakłada wiele punktów widzenia i różne możliwości przy rozwiązywaniu problemów. Myślenie takie jest podstawą twórczości, a także ułatwia selektywną uwagę, dzięki której spośród natłoku bodźców, możemy skupić się na tych, które uznamy za istotne. 
Dwu- lub wielojęzyczność spowalnia starzenie się mentalne. Badania wykazały, że u osób ze zdiagnozowaną chorobą Alzheimera, które posługiwały się więcej niż jednym językiem, objawy choroby pojawiały się średnio 4-5 lat później niż u pozostałych badanych. 
A tu możecie poczytać o skutkach ubocznych dwujęzyczności. ;)
Jakie są sposoby wprowadzania dwujęzyczności? 
O dwujęzyczności równoczesnej, symultanicznej, mówimy najczęściej jeżeli chodzi o pary mieszane, w których każde z rodziców mówi innym językiem, lub jeśli rodzice mówią w tym samym języku, ale dziecko spędza bardzo dużo czasu z osobą/osobami władającymi innym od rodziców językiem. 
W tym wypadku ważne jest, by każda osoba obcująca z dzieckiem odpowiadała za jeden język. Jeśli rodzice będą mieszać języki formułując komunikaty do dziecka, nie będzie ono w stanie odróżnić, że są to dwa różne języki i zaburzy to jego proces przyswajania języka. 
Według badań ta strategia (jedna osoba-jeden język) jest dla dziecka najbardziej naturalna i najskuteczniejsza.
Ale, 
możemy również przyjąć strategię miejsca lub czasu. 
W strategii miejsca umawiamy się, że w jednej przestrzeni mówimy wyłącznie w jednym języku, a w innej drugim. Natomiast w strategii czasu wyznaczamy konkretne dni, np. od poniedziałku do czwartku jeden język i od piątku do niedzieli drugi. 
Minusy dwujęzyczności symultanicznej? 
Może dojść do sytuacji, w której, gdy języki nie zostają opanowane w identycznym stopniu, następuje przepaść komunikacyjna, zwłaszcza w momentach, gdy chcemy wyrazić emocje, bowiem emocje przekazuje się w sposób satysfakcjonujący w języku, który znamy najlepiej. 
To z kolei może prowadzić do problemów emocjonalnych i tożsamościowych. Według badań, by nie zaburzyć rozwoju dziecka, ważne, by język, którym władają rodzice lub jeden z rodziców był utrzymywany w sytuacji, gdy język społeczności, w której przebywa dziecko, różni się od tego języka. 
Dwujęzyczność sekwencyjna ma miejsce, kiedy rodzina przebywa na emigracji. Drugi język jest nabywany jako kolejny, w momencie, kiedy dziecko rozpoczyna życie w społeczności poza rodzinnym domem. 
Minusy dwujęzyczności sekwencyjnej?
Ten sposób może generować na początku trudności z odnalezieniem się w grupie rówieśników. A także późniejsze problemy w relacji dziecko-rodzic, bowiem rodzice, którzy nie rozumieją języka kraju, w którym się znaleźli, nie są w stanie być mentorami dla swoich dzieci, nie potrafią wytłumaczyć, wszystkiego co się dzieje wokół, co utrudnia dzieciom kształtowanie poczucia bezpieczeństwa i tożsamości. 
Jednak są to sytuacje, które wynikają z braku świadomości rodziców i chęci starań. W innym przypadku powyższa sytuacja dwujęzyczności niesie ze sobą ogromne korzyści ze zdobyczy dwóch kultur w jakich wychowuje się dziecko. 
Wiecie ile języków jest w stanie opanować małe dziecko?
Małe dziecko jest w stanie nauczyć się czterech języków, dopiero piąty wprowadzony w tym samym czasie co pozostałe, może powodować trudności.
Cztery. 
A my się zastanawiamy nad dwoma. :) 
Oczywiście wszystko dla ludzi. Nie mam na myśli sytuacji, gdzie nadambitni rodzice przebodźcowują swoje dzieci, by „wycisnąć” z nich jak najwięcej. 
A wcale nie trzeba takiego wysiłku, jaki oni podejmują, wystarczy trochę samozaparcia, dobrych chęci i świadomości jak w naturalny sposób wplatać język w życie dziecka, by dla wszystkich stało się to po prostu dobrą zabawą, a nie stresującym zajęciem. 
Jestem entuzjastką poznawania nowych języków i idącego za nimi sposobu percepcji świata nawet teraz. Żałuję, że nie zaczęłam od razu, że nie dostałam takich możliwości, jakie chciałabym zapewnić swojemu dziecku. 
Myślę, że to dobry moment, żeby zastanowić się nad tą kwestią. Być może dziecko stanie się dla Was świetną motywacją do Waszego osobistego rozwoju.
Jeśli macie jakieś pytania lub doświadczenia z dwujęzycznością, którymi chcecie się podzielić, zapraszamy do komentowania. 
I na koniec przykład z mojej praktyki z dziećmi dwujęzycznymi, który mnie swego czasu rozbawił do łez. Pomieszanie gramatyki hiszpańskiej i polskiej u małego Hiszpana. Ubiera się. Pytam go co robi. A on używając czasu teraźniejszego z gramatyki hiszpańskiej i czasownika ubierać z gramatyki polskiej odpowiada uśmiechnięty: 
Estoy ubierandome. 
Dobrej zabawy w odkrywaniu codziennego świata na nowo! 
Podpisano: Nomatka 
dziecisawazne.pl/maly-poliglota-kiedy-zaczac-uczyc-dziecko-jezykow-obcych


piątek, stycznia 15

Orzechy piorące






Zanim przejdziemy do innych zastosowań orzechów piorących podsumujmy jeszcze raz jak w nich prać.

Bierzemy 5-6 łupin orzechów, wkładamy do małego lnianego woreczka. Woreczek wiążemy i wrzucamy do bębna pralki razem z praniem. Taki woreczek najczęściej otrzymuje się wraz z kupowanymi orzechami.
Przy praniu białych rzeczy dodajemy trochę sody oczyszczonej, by zachowały kolor.
Dla uzyskania zapachu wypranych rzeczy możemy dodać kilka kropel olejku eterycznego, np. z drzewa herbacianego.

Piorąc w orzechach możemy zastosować wszystkie temperatury prania (30-90st.) w zależności od pranych rzeczy. Pranie wyprane w orzechach piorących jest wystarczająco miękkie, więc nie trzeba dodatkowo używać płynu zmiękczającego.

Jak przygotować szampon do włosów?

Wystarczy zrobić wywar z orzechów piorących, czyli zagotować około 15 łupin w litrze wody. Orzechy leczą łupież, zapewniają włosom miękkość i połysk. 

Jak przygotować płyn do mycia ciała?

Postępujemy dokładnie jak powyżej, czyli przygotowujemy wywar. Radujcie się wszyscy ci, którzy cierpicie na atopowe zapalenie skóry i alergie.

Podobno można wykorzystać orzechy również do zmywania w zmywarce. Tego jeszcze nie próbowaliśmy, ale według sposobów wyszukanych w Internecie wkładamy 5 łupin do koszyczka na sztućce i uruchamiamy podstawowy program zmywania. Tu istotny jest komentarz, że sposób ten sprawdza się wyłącznie przy lekkich zabrudzeniach.

A co jeśli chcemy wykorzystać orzechy do sprzątania?


Przygotowujemy wywar z ok. 10 łupin orzechów, które gotujemy ok. 5-10 minut w 3/4 litra wody, po czym przelewamy ów wywar do pojemnika. Możemy go stosować bezpośrednio na ścierkę do brudnych powierzchni lub rozcieńczyć z wodą.

Orzechy piorące nie zanieczyszczają środowiska, są biodegradowalne, możemy więc wykorzystać wodę po praniu w orzechach lub myciu w orzechach wykorzystać powtórnie do podlania ogrodu czy roślin trzymanych w domu.

Orzechy piorące starczają na bardzo długo, nie prowadziliśmy własnych statystyk, ale znaleźliśmy w Internecie czyjeś wyliczenia, że przy praniu raz dziennie (czyli powiedzmy, że z noworodkiem sytuacja całkiem normalna) kilogram orzechów powinien wystarczyć na około 5 miesięcy.

Ale…

Zawsze znajdą się jakieś „ale”. Faktem jest, że orzechy nie są zasobami, które występują naturalnie w naszym otoczeniu, więc trzeba je skądś sprowadzić, a to jest mniej ekologiczne, bo transport, zanieczyszczenia przy tym powstające itp.

Ale zważywszy na fakt, że we współczesnym świecie i tak jesteśmy skazani na wybranie mniejszego zła, a okoliczności nigdy nie są idealne, warto się zastanowić, czy mimo wszystko bardziej ekologiczne nie okaże się korzystanie właśnie z tych orzechów.

A jeśli macie jakieś ciekawe, bardziej ekologiczne i bliższe nam alternatywy, piszcie na adres nomatkablog@gmail.com.

Wszystko wyjdzie w praniu. :)

Podpisano: Nomatka


http://dziecisawazne.pl/orzechy-piorace/
http://orzechy-piorace.pl/
http://odkrywczamama.blogspot.com/2013/04/test-orzechow-pioracych.html#
http://pioraceorzechy.pl/zastosowanie-orzechow-pioracych-w-domu/
http://www.sustainablebabysteps.com/soap-nuts.html
http://www.crunchybetty.com/the-mother-of-all-soap-nuts-recipe-resources
http://www.soapnuts.co.uk/pages/how-to-use-soapnuts-for-washing-laundry
http://www.orzechy-piorace.baza-wiedzy.com/?zastosowanie-orzechow-pioracych,3
http://miraga80.blogspot.com/2014/10/olejki-eteryczne-do-prania-sprzatania.html
http://ekokobieta.blogspot.com/2013/07/20-zastosowan-sody-oczyszczonej.html

 



Czasem na allegro brakuje towaru.



Chciałam kupić sobie kalejdoskop, ale na allegro nie mieli.

(…)

Otwierają się drzwi.

- Cześć - mówię uśmiechnięta od progu.

- Cześć. O jezu a Ty y, my byliśmy umówieni? – w drzwiach lekko rozwichrzony wczorajszy włos i skacowany obłęd w oczach.

- Tak, nawet się spóźniłam trochę.

- A skąd Ty wiesz gdzie ja mieszkam? Przecież ja nie pozwalam nikomu oglądać się w takim stanie. Wchodź.

Tym samym poczułam się zachęcona do wejścia. Wchodzę. Widzę talerz ledwo mieszczący się na biurku pełnym szpargałów. A na nim skórki po co najmniej dwóch pomarańczach, trzecia w trakcie oprawiania. „Pewnie nie przygotował super wegańskiego śniadania, które oferował w pakiecie odwiedzinowym”, myślę.

- Pewnie nie przygotowałeś zapowiedzianego super wege śniadania? – mówię.

- Eee, yy no mam pomarańcze, trochę kaszy jaglanej, hmm i mate.

Uśmiecham się. Mate. Poproszę. O prysznic, który miał wywietrzyć już wcześniej przecież zaplanowanego kaca, nawet nie pytam, siedzę i obserwuję jego krzątaninę. Chaos myśli i co rusz upuszczane przedmioty, wylewającą się wodę na stolik i rozsypującą na podłogę jeszcze niezalaną mate. Słucham o książkach, o kobietach, o etapie życia, pijackim, szalonym i twórczym. Wszystko okraszone angielskimi wtrętami wypowiadanymi z nienagannym akcentem (w końcu pobyt za granicą i wola mówienia robi swoje) i epickimi epitetami. Wszystko to artykułowane z lekką ironią i lekkim niedospaniem.

Na pożegnanie w drzwiach pada: „Spotkajmy się jeszcze, bo teraz jestem rozjebany i w ogóle opowiadałem bzdury i nie pogadałem z Tobą o Tobie.”

(…)

Opita mate lecę prosto na film. Podobno świetny. Tak mi powiedział. A on się zna na filmach i on zaprosił. Przygotowana uprzednim doświadczeniem nastawiam się na filmową petardę. Po 15 minutach zaczynam przysypiać i przeklinać w duchu nie-bardzo przespaną noc. Budzę się co rusz z opadającą głową. Zerkam nerwowo w bok, widzi, że śpię? Czy nie widzi? Filmowa fikcja miesza się z moją senną a ja coraz mniej zmieszana przesypiam coraz większe fragmenty. Po 2,5 h zapala się światło, znów zerkam w bok i słyszę: „Musimy porozmawiać” wypowiedziane krótko i stanowczo. Lekko zestresowana myślę: „zobaczył”.

Wychodzimy, przeprasza mnie za totalny niewypał jakim się okazała projekcja, ja lekko zaskoczona tym stwierdzeniem i całkiem nim ośmielona przyznaję, że trudno mi ocenić, gdyż połowę przespałam.

Kontynuujemy rozmowę w jakimś tanim barze gdzieś nad humusem. Mówimy o całej masie rzeczy, które musimy sobie przesłać, a których i tak nie przesyłamy, bo zapominamy, taki nasz niepisany rytuał.

(…)

Otwieram drzwi. Wiem, że będziemy rozmawiać o życiu i różnych jego przejawach. Że posłucham trochę o historiach rodzinnych, konfliktach i problemach. Wiem, że uderzę się po raz setny w tę półkę, która wisi nad miejscem, w którym zwykłam siadać. Nie mylę się. Uderzam się jak zawsze. I jak zawsze odpowiadam za zagotowanie wody (bo siedzę najbliżej czajnika). Jak zawsze wypijamy hektolitry czystka i sok świeżo wyciskany z takiego specjalnego urządzenia, które warzy mniej więcej tyle co kosztuje. Dużo. Rozmawiamy o żywieniu, dzielimy się nowinkami, zasypujemy hipotezami i ostatecznie uznajemy, że nie można dać się zwariować. Cykl ten powtarza się średnio co godzinę. Zahaczamy o kwestie fizyczne i meta, dochodzimy do tematu snów, a potem rozchodzimy się każde do innego pokoju i pogrążamy się każde w swoich.

(…)

Witają mnie dźwięki mantry i zapach melisy. Z przyjemnością oddaję się lustrowaniu zmian i zmianek, które pojawiły się od ostatniej wizyty. Słucham o trąbach jerychońskich i wielkich przełomach, które zaraz będą się dziać, rozgrywać i przewalać. Wiem, że plany pójścia spać o godzinie przyzwoitej spełzną na niczym, a godziny poranne zbliżą się szybciej niż można by przypuszczać. Pstrokatość i mnogość przedmiotów, gdzie indziej rażąca, tu doskonale współgra z łażącymi wszędzie kotami i wielkim łapaczem snów.

Zwlekam się rano z posłania. Jak najciszej szykuję się do wyjścia i jak zwykle - wychodzę po angielsku zupełnie nierozczarowana obietnicą wspólnego śniadania. 

(…)

Spotykamy się na dworcu. Najgorzej. Do nozdrzy dochodzi zapach wykorzystywanej po raz setny frytury z Burger Kinga, w tle słychać jakąś denną muzykę. Światła obnażają każdy zakątek duszy. Siedzimy przy lepiącym się stoliku. Podlatuje gołąb, który wdarł się tu tylko sobie znanym kanałem i po krótkiej wyżerce sra nam przed nosem. Jestem zafascynowana, nigdy nie widziałam gołębia robiącego to od tyłu. Śmiejemy się nieprzerwanie, bo życie jest przecież bardzo zabawne.

(…)

Trochę błądzę. Nie znam okolicy. Obskurny blok nie zwiastuje wcale tak schludnego i przyjemnego wnętrza, więc jestem bynajmniej zaskoczona. Piję koper. Jem daktyle. Słucham o miłości.


W zasadzie wszędzie słucham o miłości. W każdym domu/mieszkaniu/barze/dworcu - a odwiedzam ich jeszcze trochę - spotykam najróżniejsze jej przejawy.

Obracam uważnie w dłoniach ten swój kalejdoskop, po czym kładę rękę na brzuchu i mówię:

„Kochanie, chciałabym Ci przedstawić Twoich wujków i Twoje ciocie. Już niedługo się zobaczycie.”

Kopnięcie.

Jest akceptacja.

Super.

Nie trzeba będzie zmieniać znajomych.
 
Podpisano: Nomatka

PS Kochanie, a jeżeli Twoje drugie kopnięcie, a w zasadzie cała ich seria, miało wyrazić niezadowolenie faktem, że od paru dni nie słyszysz głosu taty to zrozumiałam sugestię. Wytrzymaj jeszcze jeden, ja też się postaram i moje trzewia też. Dobranoc.

piątek, stycznia 8

Emocjonalny koktajl









Zacznijmy od składników wykorzystanych w dzisiejszym koktajlu.

Zieloniutki jarmuż. Bogactwo witamin i soli mineralnych. Zawiera m.in. wit. A, B1, B2, C, E i K, błonnik, wapń, żelazo, magnez, potas, sód.

Pomarańcza. Dużo beta-karotenu i wit. C, a także wody, która wypłukuje z organizmu toksyny. Oprócz tego pomarańcze dostarczają błonnika i potasu, od którego zależy m. in. prawidłowe ciśnienie krwi i rytm serca.

Jabłko. Pektyny zawarte w skórkach i gniazdach nasiennych oczyszczają organizm z substancji trujących. Ponadto regulują florę bakteryjną jelit, zapobiegają miażdżycy i chronią przed zawałem. Jabłka mimo czasem kwaskowatego posmaku odkwaszają organizm, ponieważ zawierają bardzo dużo zasadowych soli mineralnych. 

Banan. Przede wszystkim źródło potasu, ale także wit. A, C, E, K oraz tych z grupy B, magnezu, fosforu i wapnia. 

Ostropest plamisty. Mimo trochę gorzkawego smaku to kolejny cud natury, który chroni naszą wątrobę przed szkodliwym działaniem alkoholu, łagodzi stany zapalne na tle cukrzycowym. A to tylko niektóre jego właściwości - więcej znajdziecie w linkach pod wpisem. :)

Nasiona Chia. Obfitują w kwasy tłuszczowe omega 3 i omega 6 w optymalnych proporcjach, co jest bardzo istotne. Więcej tu (warto to sobie przyswoić, bowiem z zachwiania owej równowagi rodzi się wiele chorób): http://www.vitanatural.pl/o-tluszczach-slow-kilka

Jak komponować koktajle? 

Czy wystarczy wrzucić wszystko i zblendować? 

W zasadzie tak, ale dobrze zastanowić się nad poszczególnymi składnikami, chociażby po to, by uzyskać wymarzony smak i konsystencję.

Po pierwsze możesz zawrzeć zielony akcent – szpinak, jarmuż, ogórek, a nawet brokuły też są spotykane w koktajlach! Nawet jeśli nie lubisz któregoś ze składników, jego smak może zaniknąć poprzez dodanie innych produktów. Po pewnym czasie nabierzecie wprawy i będziecie wrzucać do blendera „na oko”, a póki co możecie posłużyć się tym oto poradnikiem, jak sprawić, by zielony koktajl nie smakował trawą: http://ervegan.com/2015/09/twoj-smoothie-nie-powinien-smakowac-jak-trawa-poradnik-jak-komponowac-zielone-koktajle/

Co dalej?

By uzyskać kremową konsystencję świetnie sprawdzi się banan lub awokado, brzoskwinia, mleko kokosowe.

Do tego dodajemy kolorowe witaminy, najbardziej można oczywiście zaszaleć latem, wtedy mamy do dyspozycji truskawki, maliny, jagody, wiśnie, borówki. Zimowa pora skłania do refleksji, by w nadchodzącym lecie pozamrażać różne owoce, wtedy można się nimi cieszyć przez cały rok.

Do koktajlu możemy przemycić wiele nasion lub dodać trochę orzechów.

Oprócz ostropestu, który wykorzystałam w tym koktajlu, często dodaję też siemię lniane, bogate w kwas omega 3. Świeżo zmielone ma najwięcej wartości odżywczych, które z czasem się ulatniają, dlatego nie ma sensu kupować siemienia lnianego w proszku. Najlepiej takie, które sami będziemy sobie na bieżąco blendować. 

Ale! Podczas mielenia następuje aktywacja szkodliwych dla nas substancji, która zapoczątkowuje cyjanogenezę, dlatego rzućcie okiem na ten artykuł, tu znajdziecie sposoby jak mielić by sobie przy okazji nie szkodzić: http://dziecisawazne.pl/siemie-lniane-olej-lniany-wszystko-co-warto-o-nich-wiedziec

Ciekawym smakiem charakteryzują się nasiona konopi, które czasem również zdarza mi się dodać do koktajlu. Są bogate w pełnowartościowe białko i wprowadzają niezłe smakowe urozmaicenie. Spróbujcie! 

Zamiast wody możecie również wykorzystać mleko ryżowe, migdałowe czy owsiane (tu znajdziecie przepisy na różne rodzaje mleka, które możecie w łatwy sposób zrobić samemu w domu :))

Co jest jeszcze bardzo ważne?

Jeśli chcecie pić koktajl nie tylko z uwagi na walory smakowe, ale także wartości odżywcze, pijcie go zaraz po przygotowaniu, wraz z upływem czasu wszelkie jego wartości się ulatniają.

Jeżeli chodzi o moje ulubione koktajle to na pewno króluje koktajl z banana, awokado i kakao. Konsystencją przypomina budyń i po prostu rozpływa się w ustach.

Pyszny jest również koktajl z dodatkiem świeżego ogórka lub pietruszkowy oczyszczający – przepis w linkach poniżej. 

Muszę przyznać, że w robienie koktajli można się nieźle wkręcić, a ich komponowanie to prawdziwa wirtuozeria, ale to jedno z przyjemniejszych uzależnień jakie znam. 

Także życzę Wam koktajlowego uzależnienia!

A jeżeli macie jakieś pytania lub swoje własne koktajlowe przepisy piszcie koniecznie na adres nomatkablog@gmail.com.

W uśmiechu.

Podpisano: Nomatka



http://agnieszkamaciag.pl/ostropest-plamisty-leczniczy-cud-natury/
http://ervegan.com/2015/12/10-przepisow-na-pyszne-i-zdrowe-koktajle/
https://portal.abczdrowie.pl/napoje-i-drinki-weganskie
http://wformie24.poradnikzdrowie.pl/odzywianie/weganskie-koktajle-fitness-6-przepisow-na-koktajle-regenerujace_42582.html 
http://naturasia.pl/2012/11/07/weganskie-koktajle-czyli-lagodna-i-skuteczna-pobudka/
http://wegannerd.blogspot.com/2014/01/oczyszczajacy-koktajl-z-pietruszki-i.html
http://zielonekoktajle.blogspot.com/p/zrob-sam.html



poniedziałek, stycznia 4

W stanie nieważkości zwanym ciążą




„Siedzę w unieruchomionym samochodzie. Słucham deszczu i pociągów, takie mam tu tło.”

Dawno, dawno temu… (właściwie wcale nie tak dawno, ale tak brzmi ciekawiej).

Powstała drewniana willa. Drewniana. Z werandami. O ożywionym życiu towarzyskim (o tym ostatnim donoszą zapiski).

Chodziła w niej poubierana w ówczesną modę lokalna śmietanka. Podejrzewam, że nie tylko chodziła, ale nawet słaniała, oddawała flirtom, pijaństwu i innym rozrywkom, którym oddają się modnie ubrane śmietanki.

Wychodzę na zewnątrz i próbuję wyobrazić sobie, co oni widzieli wychodząc na zewnątrz. Bo ja widzę ekran akustyczny. I słyszę jednostajny szum. Samochodów.
A oni co słyszeli?

A co było na miejscu stacji benzynowej po lewej, lokalnej pijalni po prawej i wieżowców z tyłu?
No co? No nie wiem.

Chwilowy brak wyobraźni prowadzi mnie z powrotem do środka.

Wracam do swojego kącika przy dużym drewnianym kuchennym stole.

Nasłuchuję.

Na pierwszym planie wybija się szum pieca gazowego, który w ostatnich dniach przebił najbardziej rozkapryszone dziecko zawieszając się z iście złośliwą częstotliwością i towarzyszącą temu złowrogą ciszą.

Dalej rysuje się dźwięk pianina przepuszczonego przez syntezator.

Gdzieś cicho pobrzękuje ukulele.

A już na samym końcu dociera lekko podekscytowany głos prowadzący wirtualną konwersację z kimś przebywającym aktualnie na drugim końcu świata.

A więc życie się dzieje. Mimo ekranu akustycznego, wieżowców, stacji i całej beznadziejności wokół jest jakaś iskra.

Jest krzyczenie, bo duże odległości.

Są przekleństwa, bo taki styl.

Jest walka z zacinającym się piecem, nieszczelnymi oknami, źle nagłośnionymi instrumentami, zamarzającą wodą, egoizmem, i paroma innymi uwierającymi w tyłek pierdołami.

- Chcesz coś jeść, pić? Ciepło?
- Dzięki, idealnie.

Idealnie doprawdy. Bo uczestniczenie w tym życiu na zgliszczach minionych historii, życiu, które jest takie mięsiste i prawdziwe, w którym natura odgrywa pierwsze skrzypce mimo wszystkich zabudowań napotkanych na drodze, i w której liczy się herbata, kasza na obiad i wspólne granie to moja siła dośrodkowa.

Utrzymuje mnie w stałej odległości od przesady, kryzysów i bez-nadziei.

A w środku z kolei mam tę odśrodkową, która wywija młynki, waży (coraz więcej) i znaczy (też coraz więcej, bo do wszystkiego się dojrzewa).

Taka się stworzyła nieważkość w moim kosmosie.

„A tymczasem obejmuje mnie dym. 
I razem smakujemy noc.
Zaciągam się i jest mnie coraz mniej.
I stajemy się wszyscy jednością.
Samochód, dym, noc i ja.”

(…)
Nie, nie, piec już naprawiony, nie zaciągam się żadnym gazem.
Papierosem tym bardziej.
Tylko sobie wyobrażam.
I idzie mi to zdecydowanie lepiej niż  wyobrażanie sobie świata zewnętrznego gdy stoję przed willą.

Wyobraźcie sobie, że warto.

Podpisano: Nomatka





sobota, stycznia 2

O tym, jak poradzić sobie z nudą i dlaczego nie warto ciągnąć za sznurek








Tym razem mniej informacyjnie a bardziej refleksyjnie.
Jeśli chcecie podzielić się swoimi przemyśleniami, zapraszamy Was do komentowania lub pisania na adres nomatkablog@gmail.com.

Życzymy udanego każdego dnia reszty Waszego życia. :)

podpisano: nomatka&nomadek